Czeska Zbrojovka wz. 47
Łukasz Karolewski

Po dwóch miesiącach zbierania funduszy trafił w me ręce chyba najbardziej miodny z repetierów - Česka Zbrojovka vz. 47. Równać się z nim mogłaby tylko jego starsza siostra, jeszcze rzadsza vz. 35, którą wyprodukowano w ilości ledwie 10 tys. egz. Prezentowany model również nie doczekał się masowej produkcji, skoro wypuszczono "aż" 65 tys. sztuk. w ciągu lat 1947-50. Dla porównania, popularny IŻ-38 powstał w ilości ok. 3 mln.

Na tle innych dostępnych w handlu repetierów vz. 47 wyróżnia się mauserowskim łożem i sposobem przeładowywania, do złudzenia przypominającym pierwszo- i drugowojenne karabiny z zamkiem ślizgowo-obrotowym (bolt-action). Masa i długość odpowiada czeskiemu bojowemu kbk vz. 24, a niewiele się różni od niemieckich wz. 98 czy polskich wz. 29. Co prawda o ile w przypadku wojskowego łoża można się nie zgodzić, gdyż miały je także Haenel 33 i Mars 115, to jednak zamek umieszczony tak jak w broni palnej jest wyłączną domeną Zbrojovki. Zamiast dźwigni poruszającej się w szczelinie wyciętej na górze cylindra (i to mocno z przodu broni, przed spustem) mamy wajchę umieszczoną na korku systemu, która po odciągnięciu do tyłu prawie zawadza o dłoń trzymającą karabin. Pozostaje oczywiście minimalna różnica, w karabinie bojowym do tyłu odchodził cały trzon zamkowy, umożliwiający wyrzucenie łuski i dosłanie następnego naboju. Tutaj dźwignia odgina się o 45 stopni od pionu, poruszając się w wycięciu na wierzchu chwytu łoża. Jest to jednak szczegół, ruch, a nawet odgłos jest do złudzenia ten sam. Aby napiąć sprężynę potrzeba sporej siły, w końcu rączka zamkowa ma tylko 9cm, mniej niż lufa w niezbyt przecież mocnym pistolecie Łucznik wz. 70. Po dłuższym strzelaniu ramię daje o sobie znać, w pewnym momencie już przykładałem kolbę do bicepsu, mając odbity cały dołek strzelecki. Można co prawda przeładowywać, oparłszy kolbę o ziemię, ale po pierwsze powoduje to problemy z dosyłaniem kulek (magazynek grawitacyjny), po drugie, cała przyjemność polega na szybkich strzałach bez odrywania kolby od ramienia, zwłaszcza w pozycji leżąc lub klęcząc.

Oficjalna nazwa broni to "vojenska vzduchowka vz. 47", lekko zubożona wersja vz. 35, stosowanej w oddziałach Hitlerjugend. Jak słusznie ktoś się wyraził, nie należy jej porównywać z poprzednim modelem, gdyż wówczas trochę traci na uroku. Jednak gdy nie mamy ekstremalnie rzadkiej poprzedniczki, wówczas to vz. 47 jest wzorem urody.
Różnice tkwią w szczegółach. W starszym modelu port ładowania zakryty jest odchylanym wieczkiem na sprężynce, a nie zasuwką jak w vz. 47. Swoją drogą, to i lepiej, w nowszym karabinie łatwiej skontrolować pozostałą ilość kulek, nawet jedną ręką i to obojętnie którą. Nowsza broń nie ma mocowania bagnetu i inną, całkowicie zakrytą muszkę. Również szczerbinka jest skalowana od 10m a nie od 5, jak w starszym modelu, który pewnie z uwagi na mniejszą moc wymagał brania poprawki na opad już przy mniejszym dystansie. Tutaj właściwie kończą się różnice, choć podobno vz. 35 miał dwa komplety bączków do pasa (na spodzie łoża i kolby oraz z boku), ale różne odchyły od normy widziałem.

Wrażenia ze strzelania. Rację mieli wszyscy, chwalący miodność strzelania z tego karabinu. Można tak się zapomnieć w "prowadzeniu ognia", że dopiero suchy trzask strzału na pusto informuje nas, że powinniśmy dosypać kulek. Doskonały sposób na odreagowanie po ciężkim dniu, zwłaszcza jak za tarczę weźmiemy zdjęcie nielubianego polityka albo pobawimy się w przesuwanie puszki po piwie kolejnymi strzałami.

Jak na tą klasę sprzętu, jest on dość celny, choć wygodniej się strzela z podpórki lub klęcząc. Ciężar robi swoje, zwłaszcza gdy zdążyliśmy przywyknąć do lżejszych pukawek. Początkowo też trudno przyzwyczaić się do niepozornego celownika - prześwit szczerbinki jest mikroskopijny, muszka dość mała, po pewnym czasie jednak strzela się wygodniej niż z grubaśnych otwartych od IŻ-38 (nie negując większej celności radzieckiego sprzętu).

Trafienie w kapsel na 10m nie jest problemem, choć utrudnia to twardy, nieregulowany spust. Puszki po piwie na 20m nie mają szans. Na 30m rozrzut mieści się w kartce A5, przy maksymalnie podniesionym celowniku. Największy dystans na jaki strzelałem to 40m, kulki miały jeszcze dość energii by zrobić wgniecenia w plastikowej pokrywie wiadra od farby. Jedna nawet wybiła w nim dziurę (na 30m wszystkie).

Kontrowersje budzi kwestia stosowanej amunicji. Wg producenta i zachodnich serwisów (vzduchovka.cz, muzzle.de) broń strzela kulkami kal. 4,46mm, znanymi jako Broky No. 10. Tymczasem posiadacze vz. 47 zgodnie twierdzą, że ów śrut jest przycinany przez dosyłacz i opiłki mogą doprowadzić do zacięć, trudnych do usunięcia z uwagi na konstrukcję broni. Faktycznie, przy stosowaniu kulek 4,46 zauważyłem sierpowate ścinki wydmuchiwane z powrotem do portu ładowania. Na wystrzelonych kulkach widoczne były głębokie ślady gwintu, właściwie cały obwód kulki nosił ślady tarcia. Kupiłem więc enerdowskie Punktkugeln 4,4mm i przeprowadziłem pomiary na chrono. Prędkość wylotowa wzrosła ze 100 do 110, a nawet 116m/s przy smarowaniu śrutu Ballistolem (z braku Napier'a). Ślady gwintu dużo delikatniejsze, ograniczają się do drobnych nacięć od bruzd, nie pojawiają się też żadne opiłki. Niestety stary śrut nie grzeszył dokładnością wykonania i zdarzają się jajowate śruciny, powodujące spadki prędkości rzędu 50m/s.
Spotkałem się również z opinią, że kulki 4,40 wytaczają się z lufy, choć u mnie to nie występuje, ale możliwe, że po prostu lufy vz. 47 nie trzymają kalibru. Niektórzy stosują nawet kulki 4,35 celem polepszenia osiągów broni, moim zdaniem należy jednak dla każdego egzemplarza doświadczalnie dobrać amunicję, najlepiej mierząc wyniki na chrono.

Pozostaje pytanie, czy warto?
Zależy do czego. Nie będzie to sprzęt tarczowy, a maniaków "szmocy" też nie zadowoli. Należy postawić pytanie, czy chcemy wydać kilka stów na efektownie wyglądającego puszkobijcę o mocy dobrego pistoletu, umożliwiającego oddanie kilkunastu szybkich strzałów do średniej wielkości celów na dystansie nie przekraczającym 25m. Czy jesteśmy gotowi płacić mocą i ceną za drugowojenny klimat czterech kilogramów obijających się o plecy i metalicznego trzasku repetowanej broni?
Nie polecałbym jako pierwszej wiatrówki, ani tym bardziej jako jedynej. W swojej stajni mam Hatsana do destrukcji, IŻ-38 do celnego strzelania na krótki dystans i właśnie Zbrojovkę do zabaw we front wschodni. Niewątpliwie ten rzadki i piękny karabin będzie ozdobą kolekcji i może efektownie prezentować się na ścianie. Niektóre elementy można wymienić na mauserowskie (stopka kolby), dołożyć z bojowej broni (mocowanie bagnetu), lub nawet osadzić karabin w wojennym drewnie.

Na zakończenie powiem szczerze, że do takiej pukawki trzeba dorosnąć i traktować zgodnie z przeznaczeniem. Mauserem nie będzie, choćby nie wiadomo ile części od Kar-98 wsadzić (sam mam zamontowany pas parciany od pepeszy). Butelek nie pobije (na upartego, płaską z 10m, z wiatrem w plecy), Slavii czy staremu "jeżowi" celnością nie dorówna. Tym niemniej, dla niepowtarzalnego klimatu warto mieć vz. 47 w swoim arsenale.
do góry

[ zobacz księgę | dopisz do księgi ] Ostatnie uaktualnienie: 10.02.2019 printer2.gif, 1 kB
Drukuj tę stronę
aktualnie stronę przegląda 1 osób.

Wszystkie materiały opublikowane na tej witrynie są objęte prawem autorskim i zostały zamieszczone za zgodą ich autorów. Kopiowanie i publikowanie materiałów bez zgody ich autorów jest wzbronione.
Strona optymalizowana dla przeglądarki Firefox najlepiej wygląda w rozdzielczości 1280x1024